wtorek, 25 marca 2014

Rozdział I



*
-Proszę Panią musi ją Pani  stąd zabrać. Nie możemy jej tu dłużej trzymać, od samego początku nie powinniśmy jej tu przyjmować.
-Ale co ja mam z nią zrobić, nikt jej nie chce…
-Są domy dziecka, coś pani wymyśli, ja jej nie mogę jej tu dłużej trzymać to zdrowa dziewczyna.
Ciotka Morte wręcza dyrektorce ośrodka kopertę.
- Proszę Panią ja już nie mogę tego tolerować, tolerowałam to na początku teraz to koniec.

*
Nie chce już tu być… Codziennie to samo, pobudka, śniadanie, opowiadanie o swoich problemach w grupie, obiad, czas który możemy spędzić na świeżym powietrzu… Choć trudno to nazwać świeżym powietrzem, jest to tylko placyk o powierzchni około 100 metrów kwadratowych . Rośnie tu parę drzew i stoi ławka… Cała powierzchnia jest ogrodzona…. Kolacja i spać…
Od samego tego schematu można zwariować… Zaraz będzie spotkanie, nie lubię ich… Idą, czuje ich, zawsze przychodzą po nas a potem odprowadzają…
-Choć- powiedziała wchodząca pielęgniarka.
Wstała i wyszłam. Znam tę drogę na pamięć, codziennie nią chodzę. Prowadzi ona korytarzem do końca przez drzwi na dużą sale. Sale jest cała białe, na środku stoi tylko 15 krzeseł. Jak zawszę przychodzę ostatnia. Nie znoszę tego, zawsze wtedy wszyscy się na mnie patrzą, choć jest tak już od miesiąca, nadal się do tego nie przyzwyczaiłam…
Nasz profesor, Michał zawsze chciał żebyśmy zwracali się do niego po imieniu, wydaje mi się że sam potrzebuje pomocy. Zawsze dziwnie patrzy mu z oczy, nie lubię na niego patrzeć…
-Dzień dobry, dzisiaj będą trochę inne zajęcia, dostaniecie kartki i flamastry-  zaczął profesor i w tym samym czasie rozdał artykuły.
Flamaster? Od miesiąca nie trzymałam takiej rzeczy w dłoni… Kiedyś rysowałam, lubiłam to, a teraz już nie wiem…
Przez resztę zajęć nie słuchałam, nie wiem nawet po co nam to dali. Przez całą godzinę wpatrywałam się w ten flamaster, jakby był zaczarowany.
-Uwaga koniec zajęć dziękuje.
Wtedy się obudziłam, przyszedł czas powrotu do sali. Wtedy na to wpadłam, nie wiem po co mi on ale wsadziłam flamaster do rękawa i wyszłam. Przez całą drogę milczałam. Panowała zupełna cisza. W pokoju zostałam sama, wszystko takie białe, co zawszę przyprawiało mnie o dreszcze. Miałam czarny flamaster i wtedy zaczęłam. Biała ściana nie była już taka biała, sama nie wiedziałam co rysuję. Rysowałam kreskę za kreską, cyfry za cyfrą.
Naglę to zobaczyłam. Na jednej ścienię była postać stojąca nad klifem, a na drugiej siedzącą w koncie, a na trzeciej trumnę a na niej data „13.02.1998”. To data moich urodzin i śmierci mojej matki… 
Urodziła się w piątek 13, nigdy nie miałam z tym problemu, lubi nawet jak jest piątek 13 bo wszyscy marudzili, że pech a ja się z nich naśmiewałam.
Nikt zazwyczaj do mnie nie zaglądał więc szybko tego nie odkryją. Zajrzą dopiero w porze kolacji. Cały ten czas spędziłam leżąc na łóżku. Nagle odtworzyła się drzwi a przez nie weszła kucharka
-Kolacja… -zamilkła, jak zobaczyła malunki od razu upuściła tacę z jedzeniem.
Szybko zamknęła drzwi i gdzieś pobiegła. Już przeczuwała co się stanie, poszła po dyrektorkę i psychologa. Już tak kiedyś było. Jak tu trafiłam nie chciałam tu być i jak przyniosła mi pierwszego dnia jedzenie rzuciłam się na nią jak wariatka. A drugiego dnia udawałam trupa. Od tamtej pory mnie nie lubi i nie widzie się jej.

Tak ja przewidziałam przyszła z dyrektorką. Obejrzały mój pokój bez żadnego komentarza i wyszły. Spokój nie trwał długo bo za moment w moich dziwach stanęła Ciotka trzymająca walizkę.
- Pakuj się, wychodzisz stad – powiedziała chłodno ciotka.
Bez słowa się spakowałam i w głębi duszy cieszyłam, że stąd wychodzę. Tylko ciekawiło mnie co dalej, ciotka mnie nienawidzi więc co za mną zrobi?

 ____________________________________________________________________________




8 komentarzy:

  1. boredwithlifee25 marca 2014 16:53

    Podoba mi się. Pisz dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Extra!! Proszę pisz dalej :) możesz to po napisaniu daj znać na Twitter ok? Mój nick to, : Klaaudyna ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. jej, dziewczyno zarypiście piszesz :-) tylko nie ma 100 na 100 metrów kwadratowych,bo by wyszła objętość (metry sześcienne), albo nawet metry do potęgi czwartej, tylko 100 metrów do kwadratu :-) ale to szczegół :-P

    OdpowiedzUsuń
  4. Hey..zaciekawiło mnie twoje opowiadanie:) ale, ..masz błędy ortograficzne:) rozumiem że to pierwszy raz twoj blog? W każdym bądz razie będę czytała twoje opo:):)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie napisze że mi się to opowiadanie nie podoba...
    Podoba nawet bardzo...
    Ale nie wiem...czegoś mi brakuje...?
    No nic wyjdźie później :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawe, przyjemnie sie czyta, tylko parę błędów stylistycznych, ale jak na pierwszy rozdział jest super! :)
    Powodzenia:)

    xoxo
    http://monic-dzej.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Muszę przyznać, że ciekawie piszesz ! ♥

    OdpowiedzUsuń